Z wizytą u BaiCai, czyli na chińskiej prowincji

Na weekend wróciłem do Wuhanu aby odwiedzić BaiCai, moją znajomą z wrześniowego wyjazdu, która wtedy pracowała tutaj w hostelu jako wolontariuszka, szkoląc swój angielski. Wybraliśmy się razem do jej rodzinnego miasteczka Ezhou i na położoną opodal farmę jej rodziców.

Przyjechałem tutaj nocnym pociągiem z Fenghuag i od razu z BaiCai, która już czekała na mnie w hostelu pognaliśmy na dworzec autobusowy. Wpadliśmy tam w ostatniej chwili, bo dwie minuty później mieliśmy już autobus. Sam przejazd to ok. dwie godziny, z czego połowę zabrało, wydostanie się z miasta.

Jej rodzice mają jedną z większych farm w okolicy i zajmują się głównie hodowlą ryb, co zdaje się jest całkiem dochodowym zajęciem. Mają kilka stawów, ryby to o ile dobrze zrozumiałem węgorze. Na farmie mają tradycyjny niewielki domek, bez jakichkolwiek wygód, ale opodal już stawiają większy i bardziej komfortowy. Choć na co dzień mieszkają w mieście, tu przyjeżdżając tylko doglądać interesów i w najbardziej gorącym okresie kiedy odławia się ryy.

Mimo tego, iż chińska wieś jest biedna, co zresztą sama BaiCai kilkakrotnie podkreślała, nie było tego widać. Tzn. nie mówię o niej samej, bo jej rodzinie bardzo dobrze się powodzi, ale przejeżdżając prze te tereny nie było widać biedy.

Być może jest to związane z tym, że wiele rzeczy jest w Chinach robione na pokaz. Tzn. przy głównej ulicy stoją bardzo ładne i zadbane domki, ale gdyby się zapuścić głębiej już tak pięknie nie jest. Obecnie rząd chiński prowadzi politykę dotowania wsi i jej „upiększania”. Dlatego cała okolica była małym placem budowy.

Po drugie, panuje tu moda podobna do tej w Europie. Czyli ci bardziej zamożni wyprowadzają się z miasta na prowincję, a to oczywiście zmienia jej charakter.

Powstają też właśnie nowe osiedla dla wieśniaków. Ulice są powiększane, drogi asfaltowane. Z zewnątrz wieś pięknieje i staje się bogatsza. Jak jest naprawdę? Tego nie wiem.

Miasteczko Ezhou, miał zresztą odwiedzić w najbliższych dniach sam chiński premier, aby zobaczyć jak idą postępy przy odnawianiu wsi…

Tutaj też miałem okazję zobaczyć powiązania rodzinne Chińczyków. Gdzie się nie ruszyliśmy napotykaliśmy, ciocie, wujków, braci, siostry… część rzeczywiście byłą rodziną. Część była przyszywana. W Chinach jeżeli z kimś się przyjaźnisz to jest on Twoim bratem, siostrą.

Ale część była prawdziwa. Tata BaiCai miał siedmioro rodzeństwa. I w znacznej mierze trzymają się razem. Moja znajoma mieszka obecnie w internacie w szkole w której się uczy. Rodziców odwiedza średnio raz na miesiąc i wtedy wszyscy się spotykają na wielkiej kolacji gdzieś na mieście.

Tutaj też miałem okazję skosztować prawdziwej lokalnej kuchni. Bowiem jak przyjechaliśmy mama BaiCai już szykowała dla nas obiad. Były oczywiście pierożki, sałatka z ogródka obok, węgorze z ich stawów i żaby, które specjalnie wcześniejszej nocy jej tata nałapał. Żaby muszę przyznać jadłem pierwszy raz w życiu i są naprawdę dobre :)

Podsumowując zostałem bardzo serdecznie przyjęty. Do tego obwieziony po całej okolicy, miałem okazję skosztować potraw nie w restauracji a w prawdziwym chińskim domu. Miałem nawet okazję kosić trawę dla ryb z tatą BaiCai ;)

Teraz zaś trzymam kciuki, bowiem znajoma ma dziś ważny egzamin, który może zdecydować o tym czy pojedzie studiować do Europy. Jeżeli tak się stanie, mam nadzieję, że odwiedzi przy okazji Polskę, a ja będę mógł się odwdzięczyć i pokazać mój piękny Kraków.


Może Ci się również spodoba

Proszę, zostaw swój komentarz: