Turpan – chińska Dolina Śmierci

Maksymalna zarejestrowana tu temperatura, wynosi podobno 49,6 stopnia Celsjusza. Druga co do głębokości depresja na świecie, 154 metry poniżej poziomu morza, z drugim najniżej położonym jeziorem świata – Aydingkul (tylko gdzie to jezioro???).

Ale od początku. Po dwóch godzinach jazdy autobusem z Urumqi wylądowaliśmy w Turpan. Uff, jak gorąco ;) Na dworcu szybko zostaliśmy zgarnięci przez lokalnego właściciela agencji turystycznej. Po krótkim zwiedzeniu kilku hoteli i wytargowaniu zniżki adekwatnej do zasobów portfeli (120 RMB za pokój) odpoczywamy w klimatyzowanych wnętrzach :)

Nie ma zmiłuj się, trzeba jednak się ruszyć i wyjść w miasto. Uff jak gorąco… Miasteczko zadbane i bardzo przyjemne, może przypaść do gustu. Jeszcze bardziej gorąco… Więc idziemy do klimatyzowanego muzeum :)

A tu holograficzne dinozaury! Prawdziwy czad :) Chodzą sobie za szybką pomiędzy palmami, bawią się, polują… Momentami robi się strasznie… A momentami romantycznie :) Twórcy animacji wykazali się duża dawką poczucia humoru, gapimy się na te scenki dobrych kilkanaście minut. Rewelacja. Do tego wstęp do muzeum bezpłatny.

Wyczytaliśmy, iż podobno ze względu na panujący tu specyficzny klimat robią tutaj najlepsze wino w całych Chinach. Więc grzech było by nie spróbować. Hmmm, kosztujemy… Tego nie da się pić! Potem nasz przewodnik powiedział, że te dobre wina z Turpan to można kupić w Pekinie, ale nie tu na miejscu. Cóż, szkoda. Będziemy musieli poszukać w stolicy :)

Następnego dnia wynajmujemy auto z kierowcą na cały dzień i jedziemy zwiedzać okoliczne atrakcje. A jest tego co niemiara. Jako pierwsze na naszej trasie jest jezioro Aydingkul. Znaczy może jeszcze kilka tygodni temu była tu jakaś woda. Teraz po wyschniętej ziemi biegają jaszczurki. W tle zaś majaczą góry, z których zapewne na wiosnę spływa wystarczająco dużo wody, aby na chwilę utworzyć w tym miejscu jezioro. Krajobraz robi ogromne wrażenie.

Jedziemy dalej, do Tuyoq. Kiedyś podobno całkiem sporych rozmiarów miasto, dzisiaj zamieszkałe przez nieliczne rodziny Ujgurskie. Choć wydaje się jakby ten stan rzeczy powoli się zmieniał. Opuszczone domy i zwiększająca się liczba turystów powodują, iż miejsce to staje się coraz bardziej atrakcyjne pod zasiedlenie. Jak to z nami zwykle bywa wchodzimy od tyłu. Co prawda nie chroniło nas to od wykupienia biletu wstępu do miasta, ale w tą stronę droga wydała nam się ciekawsza.

Dochodzi południe, czyli zaczyna doskwierać mi głód:) Widzimy w zakamarku kuchnię, obok kilka stolików wraz z plastikowymi ławeczkami. Są wolne miejsca, a więc ładujemy się na dziedziniec i do kuchni. Jak to zwykle bywa zaglądam innym do talerzy i gestem pokazuję, iż my poprosimy to samo. Dostajemy dwie michy makaronu z mięsem, do tego herbatę i chleb. Najedzeni, chcemy płacić. W odpowiedzi słyszymy, że obiad dostaliśmy za darmo… Po prostu władowaliśmy się na czyjeś prywatne podwórko, a oni nas ugościli… Może ci Ujgurzy rzeczywiście są tak gościnni i mili jak niektórzy przekonują:)

Zwiedzamy, włóczymy się po wąskich uliczkach. Żar leje się z nieba. Jest tu prześlicznie. Meczet, zaglądamy ostrożnie przez bramę aby nikogo nie urazić. Czar pryska. Podlatuje do nas kilku chłopaków, wygrażając nam jak w ogóle śmieliśmy pomyśleć o tym aby tu wejść… Tu rośnie nowe pokolenie ekstremistów…

Czas nas goni, pora jechać dalej. Grape Valley. Piękna restauracja, całą osłonięta pnącymi się winoroślami. Odpoczywamy od słońca i upału przy butelce wina:) Co prawda po naszej prośbie – w winnicy – wywołaliśmy spore zamieszanie, niemniej jednak po dłuższej chwili znalazła się dla nas butelka. Tym razem całkiem niezłego wina. Ech, życie jest piękne. Pijemy, jemy, odpoczywamy… :)

Moglibyśmy tu przesiedzieć do wieczora, ale został nam jeszcze jeden punkt na naszej dzisiejszej trasie, a nie chcielibyśmy go opuszczać. Tym razem całkowicie wymarłe miasto Jiaohe. Utworzone jako garnizon wojskowy. Krajobraz jak w naszych Górach Stołowych. Głębokie doliny, płaskie góry. Miejsce praktycznie nie do zdobycia. Zachowane w bardzo dobrym stanie. Ulice, mury domów, niektóre świątynie. I niesamowity żar lejący się z nieba.

Dzień pełen wrażeń. Niesamowicie piękne miejsca, zdecydowanie warto było się tu zatrzymać, ale z przyjemnością udajemy się dalej. Dalej od piekielnego upału, do oazy na pustyni. Dunhuang.

 

Może Ci się również spodoba

Proszę, zostaw swój komentarz: