Autostopem po Turcji

Turcja - SideDzisiaj temat archiwalny – robiąc porządki na serwerze znalazłem swój tekst sprzed kilku lat o tym jak to przez 2 tygodnie włuczyliśmy się z Dori po Turcji. Uznałem iż szkoda było by aby się zmarnował, więc oto on :) Autostopem po Turcji:

Przede wszystkim napiszę, że w Turcji jest bezpiecznie. Więc najprzyjemniej, a zarazem najtaniej można jeździć autostopem. Jeśli jednak wolicie pewniejszy transport to sieć autobusowa zorganizowana jest niemal perfekcyjnie. My zrobiliśmy w czasie 2 tygodniowego pobytu ok. 3200 kilometrów. Prawie połowę z tego stopem, a jedynie ograniczona ilość czasu sprawiła, że na reszcie trasy korzystaliśmy z autobusów.

Będąc w Turcji trzeba zmienić sposób myślenia. Ludzie są cały czas uśmiechnięci. Bardzo chętnie i zupełnie bezinteresownie pomagają. W zasadzie zawsze gdy jechaliśmy, podwożono nas dalej, w lepsze miejsce na łapanie kolejnego stopa, czy do dworca. Nie raz zdarzyło się iż byliśmy zapraszani na obiad, nie mówiąc już o tradycyjnej Tureckiej herbacie. I poniżej 100 km/h nikt tam nie schodzi, nawet na krętych górskich drogach ;)

Ale od początku. Jako „bazę wypadową”; obraliśmy sobie Side, gdzie mieścił się nasz hotel. W tym miejscu muszę zrobić małą dygresję. Na termin naszego wyjazdu wybraliśmy sam początek sezonu. Ostatnie 2 tygodnie maja. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę. Byliśmy pierwszymi gośćmi w hotelu – z tej okazji dostaliśmy najlepszy apartament, cała obsługa sama już nie wiedziała jak ma nam dogodzić. Nie mówiąc o tym, że koszty wyjazdu w tym okresie są o wiele niższe niż w sezonie. Nie ma jeszcze tłumu turystów, ukrop nie leje się z nieba i wszystko dookoła jest jeszcze zielone.

Turcja - Side

Wracając do tematu – Side jest obecnie kameralnym miasteczkiem turystycznym. Ale jeszcze kilkanaście lat temu mało kto o nim słyszał. Leżące po środku „Tureckiej Riviery” pomiędzy takimi miastami jak Antalya i Alanya jest wymarzoną bazą wypadową. Choć polecamy również spędzić trochę czasu w nim samym – i zejść z utartych ścieżek. To co najciekawsze czeka tuż za rogiem.

Wystarczy tego siedzenia w jednym miejscu, pora ruszyć się dalej. Na pierwszy ogień poszła Antalya, gdzie zamierzaliśmy wybrać się do łaźni Tureckiej, tak wychwalanej przez przewodnik Pascala. Niestety na miejscu czekało nas spore rozczarowanie. Zamiast opisanych 7$ przyjemność ta kosztuje 20 Euro. Za to na pewno warto zrobić sobie spacer do starego portu. Gdzie po drodze na szczególną uwagę zasługują piękne wodospady usytuowane nad samym morzem.

Kolejny nasz cel był już bardziej ambitny. Postanowiliśmy pojechać na północ do Hattusas i Kapadocji. Wstaliśmy o 5 rano, a o 6 już łapaliśmy stopa do Antalii. Jako suchy prowiant z naszego hotelu dostaliśmy oliwki i fetę, ale na szczęście mieliśmy pewne zapasy przywiezione z Polski. Do Antalii gdzie spieszyliśmy się na autobus do Ankary jechaliśmy furgonetką. Gdy kierowca dowiedział się, że ów autobus „zaraz odjeżdża” dowiózł nas na sam dworzec, przeciskając się w zawrotnym tempie przez całe miasto. Autobus, owszem, udało nam się złapać – już na samej drodze wyjazdowej z dworca.

Teraz przed nami osiem godzin jazdy.

Na początek woda różana aby obmyć ręce. Potem herbata, ciastka, mineralna. Wspominając nasze PKS-y czujemy się jak w zupełnie innym świecie. Tym bardziej, że ceny przejazdów są porównywalne lub niższe niż w Polsce. Jadąc warto od czasu do czasu spojrzeć przez okno, gdzie cały czas przewijają się wspaniałe widoki.

Krótka przesiadka w Ankarze i pod wieczór docieramy do Sungurlum. A raczej do stacji benzynowej kilka kilometrów przed tą miejscowością. Plan był taki, iż jeszcze tego samego dnia dojedziemy do Hattusas. Przyszło go nam jednak zmodyfikować, gdy okazało się, że o tak późnej porze nie ma na to szans. Dzięki pomocy pracowników stacji udało nam się jednak dotrzeć do najbliższego (i chyba jedynego) hotelu w okolicy. Co prawda wyglądał jak motel z migającym neonem na amerykańskich filmach, ale mieliśmy gdzie spać.

Kolejnego dnia trafiliśmy z kolei, na najładniejszy hotel na całej naszej trasie. Kale czyli zamek, bo tak się nazywał, usytuowany był nad Hattusas, a z jego okien mieliśmy wprost wspaniały widok na hetyckie ruiny. Ruiny potężnego niegdyś miasta.

Kiedy właściciel usłyszał, że jesteśmy z Polski, a dodatkowo z Krakowa od razu zyskaliśmy jego sympatię. Okazało się bowiem, iż całkiem nie dawno gościł tam „profesor z grupą studentów z Krakowa”, którego bardzo miło wspominano. Zresztą Polacy generalnie są bardzo lubiani w Turcji, choć często pierwsze miasto jakie im przychodzi do głowy to Praga;)

Turcja

Na szczególną uwagę zasługuje zielony „kamień z nieba” podarowany mieszkańcom przez Ramzesa II . Ogólnie tam nam się spodobało w Hattusas, że zostaliśmy tam dłużej niż planowaliśmy. Zawarliśmy też nowe znajomości. Po drodze do ruin usytuowany jest bowiem sklep z dywanami. Uwaga dziewczyny! Właściciel – przystojny Turek zaprasza wszystkie do siebie;) My zostaliśmy zaproszeni na tradycyjny Turecki obiad i oczywiście herbatę. Do tego można podziwiać piękne ręcznie robione dywany. Zresztą gdzie się nie ruszyliśmy tam się okazywało, że wszyscy mają powiązania z „Panem od dywanów”. To sklep należał do niego i oczywiście nie pozwolono nam zapłacić za zakupy, to znowu piekarnia… Z opowieści dowiedzieliśmy się, że sprzedaje dywany również w Budapeszcie i Paryżu.

Dalej chcieliśmy jechać do Kapadocji. Tu jednak pojawił się problem. Mianowicie gdybyśmy chcieli jechać normalną trasą autobusem musielibyśmy zatoczyć wielkie koło i stracilibyśmy cały dzień. Z pomocą przyszedł nam właściciel hotelu. Okazało się, że grupa francuzów podróżująca wynajętym busem również udaje się w tamte rejony. I tak oto następnego dnia rano po zaledwie 3 godzinach jazdy malowniczą drogą „na skróty” dotarliśmy do Avanos. Na pewno sprzyjało nam szczęście, ale oczywiście szczęściu trzeba pomagać. Więc jeżeli miałbym coś doradzić to aby często rozmawiać z „miejscowymi”. Większość jeżeli tylko może to stara się pomóc, co bardzo może usprawnić nasze wojaże. A przede wszystkim pozwala przeżyć wiele ciekawych przygód. Nie zapominajmy jednak zawsze na pierwszym miejscu stawiać nasze bezpieczeństwo i do wszystkiego podchodzić z odpowiednią rezerwą.

W Avanos ledwo usiedliśmy na rynku zaczepił nas „dziadek”, który jak się tylko dowiedział, że jesteśmy z Polski ucieszył się niesamowicie i koniecznie chciał nas gdzieś zaprosić. Oczywiście nie obyło się więc bez tureckiej herbatki. Pan okazał się emerytowanym muzykiem. Bardzo chciał nas gościć u siebie, jednak propozycje nocnej biesiady i masażu nie wzbudziły naszego zaufania. Postanowiliśmy, że ruszamy zwiedzać Kapadocje.

KapadocjaŁapiąc stopa udaliśmy się w kierunku Zelve. Na skałach wulkanicznych urządziliśmy sobie śniadanko i rozkoszowaliśmy się pięknem krajobrazu. Wszędzie otaczały nas przeróżne wulkaniczne twory, które na skutek erozji przyjmują przedziwne kształty. W jednym takim „grzybku” swoją siedzibę ma Jandarma.

Posuwając się naprzód dotarliśmy do Zelve i skalnego miasta. Miasta wykutego w skale, gdzie jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku mieszkali ludzie. Położone w trzech dolinach, z kościołami, meczetami, mnóstwem domów wykutych w tufach wulkanicznych. Robi to niesamowite wrażenie. Postanowiliśmy w tym miejscu poszukać jakiegoś noclegu. Dori, która była tu już kiedyś wcześniej słyszała, iż można przenocować w skalnym pokoju. I owszem okazało się, że w restauracji dysponują kilkoma pomieszczeniami. Pokoje (o ile można je tak nazwać) okazały się bardzo miłe. Na podłodze mięciutkie dywany, wszędzie pełno poduch. Postanowiliśmy zostać.

Tu otrzymaliśmy lekcje, że nigdy nie należy zapominać o własnym bezpieczeństwie i zawsze podchodzić do wszystkiego z dużą ostrożnością. Ale po kolei. Wszystko zaczęło się bardzo miło, łącznie z tym iż kiedy szef restauracji pojechał do domu dostaliśmy pyszny obiad. Jednak skończyło się tak, iż po niedwuznacznych propozycjach dla Dori musieliśmy się zabarykadować w naszym skalnym pokoiku. I tak na barykadzie złożonej z ponad 30 potężnych podbitych deskami puf przesiedzieliśmy prawie do rana.

Aby się od stresować postanowiliśmy teraz pojechać do ciepłych źródeł, które leżą ok. 60 km od Avanos. Jak zwykle stopem dotarliśmy do wsi ok 3 km od samych kąpielisk. Tutaj dostaliśmy kolejną nauczkę – aby pamiętać jak się ubierać na Tureckiej wsi. Najpierw pewna babcia chciała nas pobić kijem – Dori szła w krótkich spodenkach. Potem zaczęto w nas rzucać kamieniami. Na szczęście do rękoczynów nie doszło i udało nam się juz szczęśliwie dotrzeć na miejsce, gdzie pławiliśmy się przez pół dnia w basenie.

Tak oto nasza kilkudniowa wyprawa zaczęła dobiegać końca. Furgonetką na blaszanych beczkach dotarliśmy Nevshehiru, skąd mieliśmy nocny autobus powrotny, W Nevshehirze polecam spacer po starej części miasta – gdzie do dziś ludzie mieszkają w skalnych domach. Nie do rzadkości należy widok wystającej anteny z takiej skalnej skały…

To byłą nasza najdłuższa eskapada. Jednakże w pobliżu było jeszcze kilka miejsc, które chcieliśmy zobaczyć. Piękne żwirkowe plaże w Alanii. I skalne grobowce w Mirze.

Turcja

Mnie najbardziej z całego pobytu podobała się droga droga pomiędzy Fenike a Demre. Droga którą właśnie jedzie się do skalnych grobowców w Mirze. Jest bajkowa – wykuta w skałkach nad samym brzegiem morza. Morze w kolorze który trudno opisać.

Na koniec całego pobytu postanowiliśmy jeszcze skorzystać z oferty miejscowych biur podróży i wybrać się na rafting. Warto przejrzeć kilka ofert i potargować się o cenę. My znaleźliśmy jedno biuro prowadzone przez Polkę, która wyszła za Turka. Więc oczywiście dla nas mieli specjalne ceny:) Na samym raftingu na pewno warto wybrać sobie mały kajak – „dwójkę” – zamiast płynąć na dużym pontonie. Jak to mawiał nasz przewodnik było to „more action”:) Choć sama rzeka nie jest zbyt trudna i w zasadzie każdy powinien sobie tam poradzić. W trakcie spływu czekały na nas jeszcze dodatkowe atrakcje – jak np. Skok z pięciometrowego drzewa do wody. Naprawdę warto spróbować.

Podsumowując – za niewielkie pieniądze możemy zobaczyć wiele ciekawych miejsc i przeżyć ekscytujące przygody zamiast dwa tygodnie tylko i wyłącznie leżeć na plaży. Oczywiście zdrowy rozsądek zawsze jest wskazany, jednak generalnie czuliśmy się bezpieczniej niż w Polsce.

2 komentarze

  1. Dori napisał(a):

    Bardzo miło powspominać ;)
    Pozdrawiam

  2. isu napisał(a):

    Oj trampingowcy, trekkingowcy i inni- to słówo „włuczyc” aż boli!!!
    Slownik na biurko albo pana Googla zapytac! chyba, że sie nie ma żadnych wątpliwosci a to wtedy juz…..do szkoły! podstawowoej!!!!

Proszę, zostaw swój komentarz: