Nam-Tso – święte jezioro tybetańskie

Słonowodne jezioro na wysokości 4730m. n.p.m. długie na siedemdziesiąt kilometrów, szerokie na trzydzieści, mające trzydzieści pięć metrów głębokości. Z górującą nad nim ośnieżoną świętą górą Nyenchen Tanglha wznoszącą się na wysokość 7111 metrów nad poziomem morza. Z wodą koloru turkusu. Święte tybetańskie jezioro Nam Tso – kobieta i mężczyzna – szczyt Nyenchen Tanglha.

Jechaliśmy tu z Lhasy prawie cały dzień, choć odległość 240 kilometrów można by zapewne pokonać znacznie szybciej, bez postojów na obiad i podziwianie mijanych widoków. Punkty kontrolne na trasie też znacznie spowalniają przejazd. Odnotowuje się bowiem tam czas przejazdu i jeżeli przyjedzie się na kolejny za szybko, należy zapłacić mandat.

Więc przed każdym takim punktem, musieliśmy urządzać sobie kilkunastominutowy przymusowy postój. Ale, że widoki wszędzie tutaj są oszałamiające, nie nudziło nam się. Wręcz przeciwnie. Przykre jest tylko jedno. Gdzie się nie zatrzymujemy pojawia się od razu gromadka dzieci, które potrafią powiedzieć po angielsku tylko jedno słowo ?money, money?. Nie wiem czy to turyści do tego doprowadzili, pewnie tak. Ale jak już powiedziałem jest to niezwykle przykry widok. Tym bardziej, że aż tak biednie tu nie jest.

Kiedy byłem w Peru, gdzie wydaje mi się iż ludziom, żyje się ciężej niż tutaj dzieci robiły na szydełku opaski na rękę. Sam nakupiłem wtedy kilkanaście takich. Aby je wesprzeć finansowo, docenić ich pracę. Do tej pory je noszę, część rozdałem znajomym na prezenty.

Zmieniliśmy auto. Więc urządziliśmy sobie z Justyną kolejną sesję zdjęciową na jego tle;) Tym razem mamy do dyspozycji Mitsubishi Pajero. Całkiem fajne. Na zdjęciach wychodzi bardzo fotogenicznie;)

Aby dojechać nad jezioro należy najpierw wykupić bilet wstępu do parku za jedyne 120rmb… Przewodnik Lonely Planet wspomina o osiemdziesięciu, a nasz przewodnik mówił o stu. Ceny rosną tu szybciej od trawy. Jak w całych Chinach.

Ale bez wątpienia warto wykupić wstęp i tu przyjechać. Jezioro z otaczającymi górami jest fantastyczne. Miasteczko Tashi Do w którym mieszkamy też jest dosyć nietypowe. Składa się z samych namiotów i kontenerów. Wydaje się, iż jedynym celem jego istnienia jest obsługa turystów. Są tu same hotele i restauracje. I jeszcze stoły bilardowe:)

Nasz hotel ma czyściutkie skromne pokoiki i wielki salon, gdzie można posiedzieć i coś zjeść. A wieczorem nawet włączyli prąd. Płacimy 50rmb od osoby. Prysznic to oczywiście niewielki kurek z wodą na polu, a w nocy temperatura w pokoju niewiele różni się od tej na zewnątrz. Co znaczą jednak porządne grube kołdry:)

Wysokość robi swoje, część osób siedzi z pojemnikami z tlenem i próbuje zmniejszyć objawy choroby wysokościowej. My jednak przebywamy już na sporych wysokościach od około dwóch tygodni i wydaje się, że w tym czasie zdążyliśmy się już wystarczająco zaaklimatyzować. W każdym bądź razie czujemy się dobrze i po krótkim odpoczynku urządziliśmy sobie zapoznawczą wycieczkę nad jezioro.

Wszędzie można się natknąć na propozycje przejażdżki konnej lub zdjęć na jaku. Jak na razie bronimy się dzielnie;)

Niezapomnianym widokiem nad brzegiem jeziora był… pewien Chińczyk. Bardzo sympatyczny, maszerował z laptopem, przez który rozmawiał ze swoją rodziną pokazując im jednocześnie mijane widoki. Gdy nas zobaczył, od razu do nas podszedł i musieliśmy pozdrawiać wszystkich po drugiej stronie kamery. Chwilę potem dopadł lokalną babcię i widzieliśmy jak ta też macha do ekranu.

Kolejna rzecz, której nie zapomnę to pies. Wypatrzyła go Justyna. Jak siedzi na wierzchołku najwyższej góry w okolicy i wszystko uważnie obserwuje. Pan na włościach. Później widzieliśmy go jeszcze jak przemykał gdzieś w oddali po grani.

Kolejnego dnia rano, pilna potrzeba udania do toalety zmusiła mnie do wstania bladym świtem czyli o ósmej rano. Przeświadczony, iż kapanie za oknem to odgłosy deszczu niechętnie się zebrałem i wyszedłem z hotelu. Toaleta bowiem jest tu na zewnątrz. I wszedłem na nasz ośnieżony samochód. Okazało się, iż w nocy spadł śnieg. I o ile w wiosce prawie w całości się stopił, to otaczające jezioro góry były całe białe.

Krótkie wyjście, zamieniło się więc w ponad dwugodzinny spacer, zwieńczony niezliczoną ilością zdjęć nowego krajobrazu. Przeraźliwie zimny wiatr dopełniał magi tego miejsca.

W pewnym momencie spotkałem trzech mnichów, którzy robili sobie zdjęcia na tle resztek góry lodowej topniejącej na brzegu. Także i ja się załapałem na małą sesję:)

Po południu już razem z Justyną wybraliśmy się na spacer w przeciwną stronę. Wdrapaliśmy się na wznoszące się nad miasteczkiem wzgórze z którego rozpościerał się widok na całą okolicę. Na szczycie stoi przekaźnik telefonii komórkowej, jednak wcześniej patrząc z dołu byłem przekonany, iż jest to kolejna kapliczka;)

Schodząc po osłoniętej stronie wzgórza, można natomiast poczuć się jak w Grecji. Zielone zbocze góry i turkusowe morze w dole. Po południu też, po raz pierwszy odsłoniła się w pełnej krasie święta góra Nyenchen Tanglha i można było ją podziwiać w pełnej okazałości. Wiatr zaś cały czas przewiewał nam nad głowami chmury z których można było wyczytać różne kształty. A jako, że jesteśmy w świętym miejscu, to i tek kształty były niezwykłe. Smoki, protektorzy buddyjscy. Każdy widzi to co chce zobaczyć.

Przy miasteczku, przyklejony do skały znajduje się też niewielki klasztor buddyjski, z grotami gdzie kiedyś medytowali. Wstęp jest bezpłatny, więc warto tam podejść. Będę musiał tam podejść jeszcze kolejnego dnia rano przed wyjazdem.

Siedząc wieczorem w hotelu, stolik obok mnie zajęły dwie osoby. Starszy Pan i młody chłopak, sądząc po rozmowie prawdopodobnie z Rosji. W pewnym momencie mnie zaczepili. Starszy Pan powiedział, że mam iść rano do klasztoru bo Budda chce mi coś powiedzieć…

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Niewidomy napisał(a):

    Wycieczka fajna tylko ze mnie nigdy nie będzie na nią stać :/
    Lepiej nie piszcie bzdur zostawcie dla siebie wrażenia i pajero a innym będzie się żyło lepiej .

    Niewidomy.

  2. Anonim napisał(a):

    eeeeeeeee
    …czy dlatego że jedni zazdroszczą odwagi i pieniędzy
    – drudzy nie mogą skorzystać ze zdobytych doświadczeń i wrażeń wspaniałych Rodaków> Piszcie i to jak najwięcej.
    ci których nie stać na podobne voyage – ucieszą się na pewno.
    pozdrawiam
    i gratyluję

Proszę, zostaw swój komentarz: