Koniec pewnej epoki w Osace

Legendarny Toyo-san z Izakaya Toyo przechodzi na emeryturę

Jeżdżąc jako pilot wycieczek z polskimi grupami turystycznymi do Japonii, często powtarzam, że Osaka to kulinarna stolica Kraju Kwitnącej Wiśni. Japończycy mają tu nawet specjalne słowo „kuidaore ” które oznacza mniej więcej „jeść aż do bankructwa” (albo” jeść aż do upadłego”).” I uwierzcie mi, nigdzie to słowo nie pasuje tak dobrze, jak właśnie tutaj.

Zawsze starałem się pokazywać na moich wyjazdach nie tylko te najbardziej znane, pocztówkowe miejsca, ale też te, w których bije prawdziwe, nieudawane i głośne serce miasta. Dla mnie takim miejscem od lat była słynna uliczna knajpka Izakaya Toyo w dzielnicy Kyobashi. Byłem tam wiele razy, zarówno sam, eksplorując miasto z plecakiem w przerwach między wyjazdami, jak i zabierając tam głodnych wrażeń wędrowców. Jedzenie zawsze zwalało z nóg i było fenomenalne, ale to nie ono było tam najważniejsze. Najważniejszy był człowiek i atmosfera.

Człowiek z miotaczem ognia i wielkim sercem

Dla tych, którzy nie mieli okazji tam dotrzeć (albo nie oglądali słynnego odcinka „Street Food: Azja” na platformie Netflix) ? wyobraźcie sobie zwykły asfaltowy parking, wciśnięty gdzieś między miejskie budynki. Na tym parkingu, pod gołym niebem, stoją proste, stalowe stoły. Nie ma krzeseł, pije się i je na stojąco. Zewsząd dobiega gwar rozmów, śmiech, brzęk butelek z piwem Asahi i… donośny, niemal przerażający huk potężnego palnika gazowego.

W samym centrum tego radosnego zamieszania, niczym dyrygent szalonej orkiestry, stał on: Toyoji Chikumoto, znany wszystkim po prostu jako Toyo-san. Zawsze w prostej koszulce, z wielkim uśmiechem, który potrafił rozjaśnić najbardziej pochmurny dzień, zarażający niepoprawnym optymizmem, z którym ja sam tak bardzo się utożsamiam.

Od paki ciężarówki do kultowej kuchni polowej

Toyo-san to postać absolutnie niezwykła. Jego dzieciństwo było bardzo trudne, pełne biedy i wyrzeczeń. Zamiast się jednak załamać, postanowił, że ciężką pracą odłoży pieniądze i otworzy własne miejsce. W 1992 roku nie było go stać na wynajęcie prawdziwego lokalu, więc kupił niewielką furgonetkę, zaparkował ją na tej właśnie parceli i zaczął serwować jedzenie prosto z paki samochodu.

Z biegiem lat, gdy klientów przybywało, Toyo-san dokładał kolejne blaty, lodówki, plandeki i sprzęty. Samochód powoli „wrastał” w parking, aż w końcu całkowicie zniknął pod tym wszystkim, zamieniając się w stacjonarną, prowizoryczną kuchnię polową, którą możecie zobaczyć dzisiaj. Jeśli tam pojedziecie, nie szukajcie auta – zobaczycie po prostu otwartą, gwarną kuchnię, w której na blaszanych blatach dzieje się kulinarna magia. Jego znak rozpoznawczy? Sposób przyrządzania policzków z tuńczyka (maguro). Toyo-san brał do jednej ręki potężny palnik (wyglądający dosłownie jak wojskowy miotacz ognia), a drugą, gołą dłonią, w ułamku sekundy przewracał kawałki mięsa prosto na rozgrzanym ruszcie! Żeby nie poparzyć palców, co chwilę zanurzał dłoń w wiadrze z lodowatą wodą. Widok był spektakularny – płomienie strzelały w górę na metr!

Jego znak rozpoznawczy? Sposób przyrządzania policzków z tuńczyka (maguro). Toyo-san brał do jednej ręki potężny palnik (wyglądający dosłownie jak wojskowy miotacz ognia), a drugą, gołą dłonią, w ułamku sekundy przewracał kawałki mięsa prosto na rozgrzanym ruszcie! Żeby nie poparzyć palców, co chwilę zanurzał dłoń w wiadrze z lodowatą wodą. Widok był spektakularny ? płomienie strzelały w górę na metr! Między kolejnymi zamówieniami ten niezwykły szef kuchni potrafił w ramach rozgrzewki podciągać się na stelażu namiotu albo żartować z gośćmi, wybuchając co chwilę swoim charakterystycznym, donośnym śmiechem.

Smak, który zostaje w pamięci na zawsze

A jak tam smakowało! O rany, samo wspomnienie sprawia, że robię się głodny, gdy piszę ten tekst. Jak wiecie z mojego darmowego przewodnika po Japonii, bardzo cenię tutejszą kuchnię. W Izakaya Toyo nie było mowy o eleganckim układaniu potraw pęsetą i cichej muzyce w tle. Tu królowała prostota i absolutnie najwyższa, zniewalająca jakość składników podawanych w starych plastikowych pojemnikach i na prostych tackach.

Dostawałeś na stół gigantyczne porcje rewelacyjnego sashimi z tuńczyka, do tego rozpływające się w ustach uni (jeżowiec), ikurę (błyszczący kawior z łososia), cudowne i słodkie kawałki kraba oraz moje ulubione umi budo, czyli ?morskie winogrona? (rodzaj soczystych wodorostów, które zabawnie pękają między zębami). No i oczywiście ten opalany tuńczyk – z zewnątrz idealnie chrupiący i pachnący dymem, a w środku soczysty, surowy i niezwykle delikatny. Do tego zimne japońskie piwo, radosny ścisk, brak miejsca na łokcie i przypadkowe rozmowy na migi z Japończykami z sąsiedniego stolika. To był ten rodzaj autentycznego doświadczenia w drodze, w którym zapomina się o troskach dnia codziennego, a liczy się tylko tu i teraz.

Zmiana warty – emerytura legendy

Niestety, czas płynie nieubłaganie, a wszystko, co dobre, kiedyś ewoluuje. Na moim blogu mam takie motto: „Na tym świecie mamy tylko małą chwilę do wykorzystania. Najwspanialsze co możemy zdobyć to wspomnienia. Najcenniejsza rzecz jaką możemy dać innym ? to nasz czas. Wszystko inne można stracić.” Ta zasada sprawdziła się tutaj co do joty.

W tym roku dotarła do mnie informacja, na którą wielu fanów japońskiej gastronomii nie było gotowych. Po blisko 34 latach niesamowicie ciężkiej pracy, stania godzinami w upale, w deszczu i na mrozie, nasz ukochany Toyo-san postanowił oficjalnie przejść na zasłużoną emeryturę. Koniec ubiegłego i początek tego roku to był w Osace czas wielkich, wzruszających pożegnań. Zjechali się ludzie z całej Japonii i z całego świata. Kolejki przed izakayą ciągnęły się podobno przez kilka przecznic, bo każdy chciał po raz ostatni zobaczyć Mistrza Ognia w akcji, zjeść jego tuńczyka i uścisnąć mu tę słynną, twardą dłoń.

Czy to oznacza definitywny koniec Izakaya Toyo? Na szczęście nie! Miejsce, palnik i wszystkie tajemne receptury przejął oficjalnie w tym roku jego następca ? pilny uczeń, który przez lata u boku Toyo-sana poznawał tajniki tego niezwykłego, ognistego rzemiosła. Nowy szef kuchni już przejął stery i dba o to, by ogień na parkingu w Kyobashi nie zgasł, a głodni goście wciąż wychodzili z niego zachwyceni i najedzeni po uszy.

Czy będzie tak samo? Jedzenie z pewnością pozostanie na najwyższym poziomie, bo japoński szacunek do rzemiosła i jakości składników nie pozwala na kompromisy. Ale nie oszukujmy się ? bez tej jedynej w swoim rodzaju charyzmy, zaraźliwego uśmiechu i szalonych wygłupów pana Toyoji Chikumoto, to miejsce będzie miało już nieco inny klimat. Mistrz, z którym tak wielu z nas ma wspaniałe wspomnienia, był tylko jeden.

Kto teraz dzierży miotacz ognia? Poznajcie Nagashimę-sana

Wielu z Was pewnie zastanawia się: komu w ogóle można przekazać tak kultowe miejsce? Kto jest w stanie wejść w buty człowieka-legendy i udźwignąć oczekiwania tłumów, które zjeżdżają tu z całego świata? Odpowiedź brzmi: ktoś, kto przez ponad 20 lat stał ramię w ramię z mistrzem, wdychał ten sam dym i chłodził ręce w tym samym wiadrze z lodowatą wodą.

Restaurację przejął Tasuku Nagashima – dotychczasowy menedżer lokalu (w Japonii nazywany tencho). To fascynująca postać. Zawsze stojący nieco w cieniu głośnego, wybuchowego i dowcipkującego szefa, Nagashima-san był tym, który pilnował, żeby cała ta radosna, chaotyczna maszyneria na parkingu w Kyobashi po prostu płynnie działała. Jeśli Toyoji Chikumoto był żywiołem ognia w tej restauracji, to Nagashima-san był żywiołem wody – zawsze uśmiechnięty, ale niezwykle opanowany, precyzyjny, skupiony na detalach i jakości każdego serwowanego plastra sashimi.

Dla Toyo-sana nowy szef to nie tylko wieloletni pracownik, to dosłownie rodzina. Nagashima przez lata cierpliwie uczył się każdego rzemieślniczego ruchu, przejmował kontakty do najlepszych dostawców (a przecież w Japonii osobiste relacje na targu rybnym to absolutna podstawa sukcesu!) i chłonął unikalną atmosferę tego miejsca.

Jak nowy szef wypada za sterami? Z pewnością ma inną energię i swoją własną charyzmę. Nie spodziewajcie się, że będzie robił podciągnięcia na stelażach od namiotu w przerwie między zamówieniami ? to był autorski show Toyo-sana. Nagashima-san to raczej typ skupionego rzemieślnika o serdecznym spojrzeniu, który zaraża spokojem. Ale kiedy chwyta za ten sam potężny palnik gazowy i zręcznie zaczyna opiekać słynne kawałki tuńczyka, widać w jego oczach ten sam błysk i bezkompromisowy szacunek do produktu. Ruchy ma opanowane do perfekcji – w końcu przez dwie dekady trenował pod okiem najlepszego nauczyciela. Noren (czyli tradycyjna zasłona z nazwą lokalu, będąca symbolem reputacji) trafił w najlepsze, najbardziej zaufane ręce.

Dla mnie to kolejna życiowa lekcja i przypomnienie dla Was wszystkich: jeśli planujecie podróże, jeśli chcecie zobaczyć jakieś wyjątkowe miejsca i poznać niesamowitych ludzi ? nie odkładajcie tego w nieskończoność na mityczne ?kiedyś?. Świat bardzo szybko się zmienia, legendy odchodzą na emeryturę, pewne drzwi się zamykają. Łapcie chwile, póki trwają i pakujcie plecaki!

Kto z Was miał to ogromne szczęście i zdążył zjeść tuńczyka z rąk samego Toyo-sana? A może ktoś z Was jadł już u jego następcy? Dajcie koniecznie znać w komentarzach! A jeśli jeszcze nie byliście w Japonii, to śledźcie mojego bloga ? kto wie, może na jednej z moich kolejnych wypraw zabiorę Was do Osaki i sprawdzimy wspólnie, jak radzi sobie nowa ekipa w Izakaya Toyo!

Koniec pewnej epoki w Osace 2
Koniec pewnej epoki w Osace 3
Kazimierz Pawłowski
Kazimierz Pawłowski

Podróżnik. Pilot wycieczek, miłośnik sportów nie tylko ekstremalnych. Zapraszam na autorskiego bloga poświęconego moim pasjom.

Nie potrafię usiedzieć na jednym miejscu. Na co dzień pracując jako pilot wycieczek spędzam znaczną cześć roku w podróży. Lubię wracać do domu, przespać się we własnym łóżku, spotkać ze znajomymi, a przede wszystkim spędzić czas ze swoją narzeczoną. Odpocząć. Ale gdy za długo jestem w domu, wyjeżdżam na własne wakacje :) A przygodami z nich dzielę się na tym blogu.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *