Tybet – powrót
Wszyscy święci balują w niebie,
Złoty sypie się kurz,
A ja włóczę się znów bez Ciebie
I do piekła mam tuż.
Zjeżdżam z Dachu Świata – Tybetu, gdzie spędziłem ostatnie trzy tygodnie. Zapada zmrok, za oknem najpiękniejsze widoki mojej trasy. Pociąg wije się mozolnie na wysokości pięciu tysięcy metrów mad poziomem morza pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór. Jadąc do Lhasy tą część trasy przespałem. Teraz leżę na moim miejscu i mogę je podziwiać. Sentymentalnie włączyła mi się na mojej mp3 Budka Suflera. I czuję jak wszyscy święci gdzieś tam balują i złoty sypie się kurz za oknem.
Nie ma znaczenia jacy święci – katoliccy, buddyjscy… Opuszczam Tybet.. Jest mi przykro z tego powodu, ale jednocześnie jestem szczęśliwy, że mogłem tu przyjechać. Zobaczyć na własne oczy te krajobrazy, poznać ludzi, kulturę. To na zawsze zostanie we mnie.
Budda nie przemówił. Sam nie wiem dlaczego ” jak łatwo manipulować ludźmi” ale wiedziony zwykłą ciekawością, a może i niezwykłą atmosferą tego miejsca, czyli Nam-Tso odwiedziłem rano klasztor. Klasztor wciśnięty w zbocze góry. Zdecydowanie to nie ja powinienem rozmawiać z Buddą. Do tego jeszcze krótka wycieczka na szczyt wzgórza na który nie zdążyliśmy się wspiąć dzień wcześniej z Justyną i wyjechaliśmy do Reting.






