Wpisy otagowane ‘góry’

Przełęcz Torugart – granica kirgisko – chińska

Podobno jedno z najbardziej nieprzewidywalnych przejść granicznych na świecie, nam jednak udało się je w miarę gładko przekroczyć. Jednak faktycznie dla cudzoziemców nie jest to takie proste – czytaj tanie. To przejście graniczne ma status lokalnego, co za tym idzie nie można na nie po prostu przyjechać i przejść bo nie zostaniemy przepuszczeni.

Jedyną opcją aby je pokonać jest zwrócenie się do lokalnych biur turystycznych, które załatwią wszystkie niezbędne zezwolenia i zorganizują transport. Bowiem warunkiem przekroczenia granicy w tym miejscu jest to iż mamy zorganizowany przejazd do granicy przez stronę Kirgiską i potwierdzony odbiór po drugiej stronie przez Chińczyków.
Więcej »

, ,

Konna wycieczka nad jeziorem Song Kol

Po powrocie z gór w Tien Shan, postanowiliśmy pojechać nad jezioro Song Kol. W Karakolu wsiedliśmy do busika (ok. 190 com) jadącego do Balakcy, gdzie przesiedliśmy się wspólnie z dwoma lokalnymi babciami w samochód do Kochkoru (ok 150 com).

Znowu szybkie poszukiwanie informacji turystycznej i mamy kwaterę – koszt ten sam czyli 500 com od osoby ze śniadaniem i łazienką (jedną na cały dom, ale to i tak wielki luksus).

Plan zakłada, że wokół jeziora będziemy jeździć konno. Okazuje się to dosyć drogą imprezą. Za radą Lonely Planet poszliśmy do lokalnych biur turystycznych aby nam pomogły wszystko zorganizować. Ostatecznie za dwa noclegi w jurtach wraz z jedzeniem, przewodnikiem oraz dwoma dniami jazdy konnej i transportem wyszło nas to 300 $ za dwie osoby.
Więcej »

, ,

Treking w górach Tien Shan (Kirgistan)

Góry tylko dla nas. I to jakie góry! Ale od początku. Przyjechaliśmy do Karakolu. O dziwo w Informacji turystycznej mówili po angielsku i nawet umieli odpowiedzieć na nasze pytania. To dla nas duże zaskoczenie. W każdym razie dostaliśmy kilka opcji noclegu i wybraliśmy tą bardziej luksusową ? czyli pokój w pensjonacie gdzie jest woda i prysznic. Takie burżujstwo to koszt 500 som od osoby, ale dostaniemy do tego śniadanie gratis :)

Udało nam się kupić mapę z zaznaczonym szlakiem ? więc burza mózgów, na ile dni i gdzie chcemy się wybrać. Postraszono nas pół metrową warstwą śniegu i kiepskim oznaczeniem szlaku, ale ostatecznie decydujemy się zrealizować pierwotny plan ? czyli pięciodniowy trekking z Jeti Oguz do Altyn Arashan.

Wyposażeni w przetestowany już w Ala Archa nowy namiot, nieco ciepłych ciuchów oraz górę jedzenia umawiamy się z taksiarzem iż rano nas odbierze z pensjonatu i podwiezie do wejścia do wąwozu. Cena za taki luksus to 300 som.
Więcej »

,

Trzy dni w górach Ala Archa

Wyjechaliśmy z Bishkeku późnym popołudniem. Część rzeczy zostawiliśmy na naszej kwaterze, zabierając tylko to co niezbędne w górach na trzy dni. Postanowiliśmy podjechać pod Alplagar, aby tam rozpocząć nasz krótki trekking. Przy dworcu taksiarze zażyczyli sobie 1000 za taki kurs. Więc słuchając naszego przewodnika Lonely Planet pojechaliśmy pod Osh Bazar skąd jeżdżą busy w góry. Tutaj jednak po krótkich negocjacjach bierzemy taksówkę za 500. Jako iż pora jest późna zależało nam też już na czasie.

Po jakiś 40 minutach jazdy i wykupieniu wstępu do Parku Narodowego jesteśmy na miejscu. Ruszamy. Postanawiamy na początek nie szaleć i podejść do góry do pierwszego miejsca gdzie można rozbić namiot. Wspinamy się szlakiem przez około godzinę i znajdujemy. Piękna polana, z kapitalnym widokiem. A przede wszystkim stosunkowo płasko. Rozbijamy się akurat kiedy słońce zaczyna zachodzić. Więc szybko do śpiworków i zasypiamy. W nocy jest dosyć zimno, ale jesteśmy na to przygotowani.
Więcej »

,

Wywiad z Leszkiem Cichym

Wywiad, którego himalaista Leszek Cichy udzielił mi 21. lutego 2011 po spotkaniu w Piwnicy Pod Baranami w Klubie Podróżników Śródziemie.

Realizacja: Katarzyna Brocka

,

Nam-Tso – święte jezioro tybetańskie

Słonowodne jezioro na wysokości 4730m. n.p.m. długie na siedemdziesiąt kilometrów, szerokie na trzydzieści, mające trzydzieści pięć metrów głębokości. Z górującą nad nim ośnieżoną świętą górą Nyenchen Tanglha wznoszącą się na wysokość 7111 metrów nad poziomem morza. Z wodą koloru turkusu. Święte tybetańskie jezioro Nam Tso – kobieta i mężczyzna – szczyt Nyenchen Tanglha.

Jechaliśmy tu z Lhasy prawie cały dzień, choć odległość 240 kilometrów można by zapewne pokonać znacznie szybciej, bez postojów na obiad i podziwianie mijanych widoków. Punkty kontrolne na trasie też znacznie spowalniają przejazd. Odnotowuje się bowiem tam czas przejazdu i jeżeli przyjedzie się na kolejny za szybko, należy zapłacić mandat.

Więc przed każdym takim punktem, musieliśmy urządzać sobie kilkunastominutowy przymusowy postój. Ale, że widoki wszędzie tutaj są oszałamiające, nie nudziło nam się. Wręcz przeciwnie. Przykre jest tylko jedno. Gdzie się nie zatrzymujemy pojawia się od razu gromadka dzieci, które potrafią powiedzieć po angielsku tylko jedno słowo ?money, money?. Nie wiem czy to turyści do tego doprowadzili, pewnie tak. Ale jak już powiedziałem jest to niezwykle przykry widok. Tym bardziej, że aż tak biednie tu nie jest.

Więcej »

, ,

Piotr Pustelnik

Kilka dni temu miałem przyjemność uczestniczenia w konferencji prasowej Piotra Pustelnika. Została ona zorganizowana na Krakowskim Kazimierzu na dachu Rubinstein Residence. Piękne miejsce z widokiem na cały Kraków.

Po raz pierwszy miałem okazję rozmawiać z nim osobiście. Jest przesympatycznym człowiekiem, pełnym spokoju. Widać, że niezwykle pewnym siebie profesjonalistą i osobą bardzo wymagającą, zarówno od siebie jak i od innych. Nie spieszyło mu się i bardzo ciekawie opowiadał o swoich dokonaniach i przygodach.

Ja chciałem się dowiedzieć co sądzi o decyzji Simona Yates’a. Historia ta została opisana w bestsellerowej książce Joe Simpson’a, który w 1985 roku, właśnie razem z Simonem Yatesem wspinali się na Siula Grande w Andach peruwiańskich. Podczas zejścia ze szczytu Simpson złamał nogę, spadł w szczelinę lodowca, a następnie samotnie nadludzkim wysiłkiem doczołgał się do obozu. Yates w pewnym momencie odciął od liny swojego partnera, zdając sobie sprawę z tego, iż decyzja ta de facto oznacza dla niego śmierć. Ostatecznie jednak okazało się iż dzięki temu obojgu udało się przeżyć.

Więcej »

Litang – 4014m. n.p.m.

Niewielkie miasteczko pośrodku niczego. Chociaż nie – pośrodku wspaniałych gór. Zupełnie inne od tego co do tej pory w Chinach widziałem. Podobno jest to taki Tybet poza Tybetem. Czy tak jest rzeczywiście będę miał okazję przekonać się już za kilka dni. Tymczasem Litang zauroczył mnie na tyle, że zostałem tu nieco dłużej niż pierwotnie planowałem.

Samo miasto jest nieco chaotyczne i niemiłosiernie zakurzone. Choć to może też wina pory roku, bo wiosna tu dopiero powoli zaczyna docierać. Pogoda zmienia się z minuty na minutę. Raz świeci piękne słońce, by za chwilę naszły chmury i zaczęło lać. I w zasadzie nieustannie towarzyszy mi tu silny wiatr.

Miasto jak napisałem chaotyczne, ale pełne jakiegoś takiego magicznego uroku. Może to przez te wysokie góry rozpościerające się naprzeciwko. Może przez mieszkańców, których w znacznej mierze stanowią Tybetańczycy. Siedzą przed domami z młynkami modlitewnymi w ręce i obracając nimi mruczą modły.

Więcej »

, , ,

Litang – wycieczka konna i noc w namiocie

Przebywając w Litangu postanowiłem wybrać się na jeden dzień na przejażdżkę konną po okolicy. Wykupiłem sobie ją w moim hotelu i nie do końca wiedziałem co mnie podczas niej czeka. Sama przejażdżka może była nieco rozczarowująca, ale za to cała wycieczka jedną z najciekawszych podczas całego mojego pobytu w Chinach.

Za wycieczkę zapłaciłem 150rmb (choć na ulicy proponowali mi przejażdżek za 50rmb). Najciekawsze jednak okazało się to co było dodatkiem do jazdy konnej. Razem ze mną pojechała jeszcze jedna holenderka i dwóch chłopaków z Izraela. Wycieczka zaczęła się około dziewiątej rano i skończyła o podobnej porze dnia następnego.

Madok z naszego hotelu wywiozła nas w góry, na pastwiska do rodziny prowadzącej tradycyjny koczowniczy tryb życia i mieszkającej w namiocie. Rodzina to byli dziadkowie z dwójką wnucząt. Rodzice dzieci w tym okresie pojechali wysoko w góry, gdzie zbierając zioła można podobno znacznie więcej zarobić.

Więcej »

, , , ,

Shangri-la – Xiangcheng – Litang

Dwa dni w autobusie z jednym noclegiem pomiędzy przejazdami. No może nieco przesadzam z tymi dwoma dniami. Trasa Shangri-la – Xiangcheng (75rmb) to około siedmiu godzin, natomiast następnego dnia przejazd z Xiangcheng do Litangu (ok. 65rmb) zajął mi kolejne cztery godziny.

Wbrew temu czym mnie straszono w Shangri-la, na trasie nie było żadnych posterunków policji i nigdzie nie próbowano mnie zawrócić;) Za to trasa była niezwykle malownicza. Moja mapa nie podaje dokładnych wysokości ale zapewne niektóre przełęcze wznosiły się na wysokości około 5000 m n.p.m. Na tych wysokościach można było zobaczyć jeszcze całkiem sporych rozmiarów połacie śniegu, a temperatura spadała w okolice zera.

Więcej »

, , , , , , , , ,