Wpisy otagowane ‘chiny’

Dunhuang – pustynia, wielbłądy i buddyjskie groty

Wygrzebane w archiwum :)

Oaza na jedwabnym szlaku. Pełne uroku, niewielkie miasteczko, pośrodku niczego. Przyklejone do Sahary, znaczy do piaszczystej pustyni z wielkimi wydmami. Jedziesz autobusem miejskim do końca miasta i stajesz na parkingu nad którym wznosi się wielka wydma. A pod nią kolejny parking, tym razem dla wielbłądów. I wielbłądzia myjnia ;) Szczęka opada! Jest po prostu bajkowo pięknie.

Za 80RMB od osoby wykupiliśmy sobie przejażdżkę po pustyni na wielbłądach. Turystów jest tu co niemiara, więc karawana podąża za karawaną, pot leje się z czoła, a widoki wokół rozbrajają. Uwielbiam takie krajobrazy. Wspinamy się po wydmie. Postój, kolejny wielbłądzi parking. Teraz można się samodzielnie wspiąć na szczyt góry z pisaku. I po prostu podziwiać okolicę, lub korzystać z przygotowanych atrakcji jak zjazdy na deskach po piasku.
Więcej »

Turpan – chińska Dolina Śmierci

Maksymalna zarejestrowana tu temperatura, wynosi podobno 49,6 stopnia Celsjusza. Druga co do głębokości depresja na świecie, 154 metry poniżej poziomu morza, z drugim najniżej położonym jeziorem świata – Aydingkul (tylko gdzie to jezioro???).

Ale od początku. Po dwóch godzinach jazdy autobusem z Urumqi wylądowaliśmy w Turpan. Uff, jak gorąco ;) Na dworcu szybko zostaliśmy zgarnięci przez lokalnego właściciela agencji turystycznej. Po krótkim zwiedzeniu kilku hoteli i wytargowaniu zniżki adekwatnej do zasobów portfeli (120 RMB za pokój) odpoczywamy w klimatyzowanych wnętrzach :)

Nie ma zmiłuj się, trzeba jednak się ruszyć i wyjść w miasto. Uff jak gorąco… Miasteczko zadbane i bardzo przyjemne, może przypaść do gustu. Jeszcze bardziej gorąco… Więc idziemy do klimatyzowanego muzeum :)
Więcej »

Urumqi – odwiedzone przypadkiem

Pierwotnie zakładaliśmy ominięcie tego miasta, jednak kłopoty z transportem spowodowały, iż ostatecznie wylądowaliśmy tam na jeden dzień. Kupno jakichkolwiek biletów kolejowych okazało się zadaniem wręcz niewykonalnym, a więc pozostał nam transport autobusowy. Wbrew twierdzeniom Lonely Planet aby dostać się do Turpan, musieliśmy najpierw pojechać do Urumqi.

Na drodze wysyp check-pointów. Nawet w Tybecie tyle ich nie było. Wysiadamy na dworcu, a tu policja z karabinami każdego kontroluje, paszport, wykrywacze metalu. Nawet umieli kilka słów po angielsku, więc postanowiliśmy ich wykorzystać i spróbować zlokalizować dworzec na który dojechaliśmy. Bowiem tych jest tu co niemiara. Dworca nie było na naszej mapie, ale za to policjant wyszedł z nami na ulicę i złapał nam taksówkę:)

Postanowiliśmy się zatrzymać w hostelu polecanym przez Lonely (Silver Birches International Youth Hostel). Dorm za 40 RMB od osoby. Szybki prysznic po 24 godzinach w autobusie i wyruszamy na miasto.
Więcej »

Kashgar – barwny mix kultur

Niezwykle ciekawe miejsce, pomieszanie przeróżnych kultur i narodowości. Po przyjeździe z Kirgistanu trafiamy do John’s Information Cafe. W końcu cywilizacja – jest Wi-fi ;) Spragnieni kontaktu ze światem sprawdzamy maile i najświeższe informacje ze świata. Oczywiście nic ciekawego się nie dzieje więc wracamy do rzeczywistości. Trzeba się gdzieś zatrzymać na noc.

Planowaliśmy poszukać miejsca w hostelu, ale John proponuje nam miejsce w hotelu obok w pokoju dwuosobowym za 30 RMB od osoby. Więc nie szukamy dalej tylko się kwaterujemy. Pokój oczywiście bez łazienki ale nie jest źle. Gorzej, że łazienka delikatnie mówiąc nie najczystsza ale cóż, bywał się w gorszych. Zmęczeni podróżą idziemy spać.

Dzień zaczynamy od planowania. Trzeba bowiem pomyśleć o dalszej drodze i nabyć bilety kolejowe. Obecnie w Chinach te są dostępne z 10 dniowym wyprzedzeniem. Naiwnie udajemy się na stację kolejową i tu usłyszymy to co będzie się potem regularnie powtarzało. Biletów brak. Cóż pozostaje czarny rynek. Zwracamy się do Johna o załatwienie takowych. I tu pełne zaskoczenie. W wakacje nawet na czarnym rynku nie można dostać biletów kolejowych.
Więcej »

Przełęcz Torugart – granica kirgisko – chińska

Podobno jedno z najbardziej nieprzewidywalnych przejść granicznych na świecie, nam jednak udało się je w miarę gładko przekroczyć. Jednak faktycznie dla cudzoziemców nie jest to takie proste – czytaj tanie. To przejście graniczne ma status lokalnego, co za tym idzie nie można na nie po prostu przyjechać i przejść bo nie zostaniemy przepuszczeni.

Jedyną opcją aby je pokonać jest zwrócenie się do lokalnych biur turystycznych, które załatwią wszystkie niezbędne zezwolenia i zorganizują transport. Bowiem warunkiem przekroczenia granicy w tym miejscu jest to iż mamy zorganizowany przejazd do granicy przez stronę Kirgiską i potwierdzony odbiór po drugiej stronie przez Chińczyków.
Więcej »

, ,

Kirgistan – Chiny 2011

Nadszedł czas na kolejną wyprawę. Tym razem jedziemy w dwójkę. Razem z Kasią już w sobotę starujemy z Warszawy aby następnego dnia rano znaleźć się w stolicy Kirgistanu – Biszkeku. Przed nami 2 miesiące w drodze. Przejedziemy przez góry Tien Shan w Kirgistanie. Granicę Chińską chcemy przekroczyć na przełęczy Torugart, dalej Kashgar i zachód Chin, ten od dawna wymarzony :)

Jak zawsze będę się starał na bieżąco pisać relację z trasy. Więc już teraz zapraszam do czytania.

,

Wiza chińska

Pytacie o chińskie wizy – czy trzeba razem z wnioskiem składać rezerwacje noclegów ze wszystkich miejsc na trasie wycieczki po Chinach.

Proszę sprawdzajcie dokładnie maila jakiego wpisujecie w formularzu kontaktowym, bo później zdarza mi się, iż nie mam możliwości odpisać, ze względu na błędnie podany adres.

Ja zazwyczaj składam wniosek wizowy z biletem na przelot, oraz rezerwacje noclegu w pierwszym mieście w którym się zatrzymuję. I to wystarcza. Raz zdarzyło mi się składać wniosek tylko z samą rezerwacją przelotu i też nie było żadnych problemów.

Zwykła standardowa turystyczna wiza jest raczej przyznawana bez większych problemów, nawet na nieco więcej niż te standardowe 30 dni, o których wspominają na stronie ambasady.

Mam nadzieję, iż te kilka uwag będzie przydatne :)

Z Litang do Chengdu

Przejazd zajął mi cały dzień. Wyjechałem z Litang autobusem o godzinie 6.30 rano (87rmb) do Kangding, gdzie dojechaliśmy po 15. I już o 16.00 miałem kolejny autobus do Chengdu (119rmb), gdzie dojechałem krótko przed północą.

Sama droga opisana w przewodniku jako Sichuan-Tibet Highway jest niezwykle malownicza. Przekracza się na niej przełęcze położone prawie na 5000 m. n.p.m., wije się pomiędzy górami, strasząc nieraz wielkimi przepaściami. Odległości może nie są wielkie, ale droga autostradą nie jest;) więc trzeba bardzo dużo czasu aby ją przejechać.

Więcej »

, , , ,

Litang – 4014m. n.p.m.

Niewielkie miasteczko pośrodku niczego. Chociaż nie – pośrodku wspaniałych gór. Zupełnie inne od tego co do tej pory w Chinach widziałem. Podobno jest to taki Tybet poza Tybetem. Czy tak jest rzeczywiście będę miał okazję przekonać się już za kilka dni. Tymczasem Litang zauroczył mnie na tyle, że zostałem tu nieco dłużej niż pierwotnie planowałem.

Samo miasto jest nieco chaotyczne i niemiłosiernie zakurzone. Choć to może też wina pory roku, bo wiosna tu dopiero powoli zaczyna docierać. Pogoda zmienia się z minuty na minutę. Raz świeci piękne słońce, by za chwilę naszły chmury i zaczęło lać. I w zasadzie nieustannie towarzyszy mi tu silny wiatr.

Miasto jak napisałem chaotyczne, ale pełne jakiegoś takiego magicznego uroku. Może to przez te wysokie góry rozpościerające się naprzeciwko. Może przez mieszkańców, których w znacznej mierze stanowią Tybetańczycy. Siedzą przed domami z młynkami modlitewnymi w ręce i obracając nimi mruczą modły.

Więcej »

, , ,

Litang – wycieczka konna i noc w namiocie

Przebywając w Litangu postanowiłem wybrać się na jeden dzień na przejażdżkę konną po okolicy. Wykupiłem sobie ją w moim hotelu i nie do końca wiedziałem co mnie podczas niej czeka. Sama przejażdżka może była nieco rozczarowująca, ale za to cała wycieczka jedną z najciekawszych podczas całego mojego pobytu w Chinach.

Za wycieczkę zapłaciłem 150rmb (choć na ulicy proponowali mi przejażdżek za 50rmb). Najciekawsze jednak okazało się to co było dodatkiem do jazdy konnej. Razem ze mną pojechała jeszcze jedna holenderka i dwóch chłopaków z Izraela. Wycieczka zaczęła się około dziewiątej rano i skończyła o podobnej porze dnia następnego.

Madok z naszego hotelu wywiozła nas w góry, na pastwiska do rodziny prowadzącej tradycyjny koczowniczy tryb życia i mieszkającej w namiocie. Rodzina to byli dziadkowie z dwójką wnucząt. Rodzice dzieci w tym okresie pojechali wysoko w góry, gdzie zbierając zioła można podobno znacznie więcej zarobić.

Więcej »

, , , ,