Tybet – powrót

Wszyscy święci balują w niebie,
Złoty sypie się kurz,
A ja włóczę się znów bez Ciebie
I do piekła mam tuż.

Zjeżdżam z Dachu Świata – Tybetu, gdzie spędziłem ostatnie trzy tygodnie. Zapada zmrok, za oknem najpiękniejsze widoki mojej trasy. Pociąg wije się mozolnie na wysokości pięciu tysięcy metrów mad poziomem morza pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór. Jadąc do Lhasy tą część trasy przespałem. Teraz leżę na moim miejscu i mogę je podziwiać. Sentymentalnie włączyła mi się na mojej mp3 Budka Suflera. I czuję jak wszyscy święci gdzieś tam balują i złoty sypie się kurz za oknem.

Nie ma znaczenia jacy święci – katoliccy, buddyjscy… Opuszczam Tybet.. Jest mi przykro z tego powodu, ale jednocześnie jestem szczęśliwy, że mogłem tu przyjechać. Zobaczyć na własne oczy te krajobrazy, poznać ludzi, kulturę. To na zawsze zostanie we mnie.

Więcej »

,

Klasztor w Reting, Tybet

Tybet - RetingBudda nie przemówił. Sam nie wiem dlaczego ” jak łatwo manipulować ludźmi” ale wiedziony zwykłą ciekawością, a może i niezwykłą atmosferą tego miejsca, czyli Nam-Tso odwiedziłem rano klasztor. Klasztor wciśnięty w zbocze góry. Zdecydowanie to nie ja powinienem rozmawiać z Buddą. Do tego jeszcze krótka wycieczka na szczyt wzgórza na który nie zdążyliśmy się wspiąć dzień wcześniej z Justyną i wyjechaliśmy do Reting.

Po ponownym pokonaniu przełęczy na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów i zjechaniu w dół, droga szybko zmieniła swój charakter. Znaczy zniknęła i teraz można było docenić samochód terenowy jakim jechaliśmy. A wjeżdżaliśmy coraz głębiej i wyżej w dolinę.

Droga znowu zabrała nam cały dzień. Kilka postojów na foto, oraz obowiązkowy obiad. Momo – pierożki z mięsem Jeden za 5 Jiao czyli pół juana. Więc na moim talerzu wylądowało 20 takich. Ku przerażeniu wszystkich obecnych, ale dzielnie wszystkie spałaszowałem:)

Więcej »

,

Nam-Tso – święte jezioro tybetańskie

Słonowodne jezioro na wysokości 4730m. n.p.m. długie na siedemdziesiąt kilometrów, szerokie na trzydzieści, mające trzydzieści pięć metrów głębokości. Z górującą nad nim ośnieżoną świętą górą Nyenchen Tanglha wznoszącą się na wysokość 7111 metrów nad poziomem morza. Z wodą koloru turkusu. Święte tybetańskie jezioro Nam Tso – kobieta i mężczyzna – szczyt Nyenchen Tanglha.

Jechaliśmy tu z Lhasy prawie cały dzień, choć odległość 240 kilometrów można by zapewne pokonać znacznie szybciej, bez postojów na obiad i podziwianie mijanych widoków. Punkty kontrolne na trasie też znacznie spowalniają przejazd. Odnotowuje się bowiem tam czas przejazdu i jeżeli przyjedzie się na kolejny za szybko, należy zapłacić mandat.

Więc przed każdym takim punktem, musieliśmy urządzać sobie kilkunastominutowy przymusowy postój. Ale, że widoki wszędzie tutaj są oszałamiające, nie nudziło nam się. Wręcz przeciwnie. Przykre jest tylko jedno. Gdzie się nie zatrzymujemy pojawia się od razu gromadka dzieci, które potrafią powiedzieć po angielsku tylko jedno słowo ?money, money?. Nie wiem czy to turyści do tego doprowadzili, pewnie tak. Ale jak już powiedziałem jest to niezwykle przykry widok. Tym bardziej, że aż tak biednie tu nie jest.

Więcej »

, ,

Tybet – Lhasa – Festiwal Saga Dawa

W dniu, kiedy piszę te słowa wypada najważniejsze Tybetańskie święto. Festiwal Saga Dawa. Jest to piętnasty dzień czwartego księżycowego miesiąca. Tłum pielgrzymów zalał Lhasę, maszerują obracając młynkami modlitewnymi, szurając pokłonami po ziemi, czy okupując sklepy, stragany i restauracje na trasie przemarszu. Do tego niezliczona ilość ludzi żebrzących na ulicy, którzy od każdego pielgrzyma dostają po banknocie ?Yi Jiao? czyli około pięciu naszych groszy.

Każdy ma w zanadrzu cały stos takich banknotów i obchodząc miasto dookoła po kolei wręcza każdemu kto o to prosi. Co kilkaset metrów palą się też kadzidełka, znaczy dymią wielkie piece z różnymi aromatycznymi gałązkami.

Są trzy trasy którymi można maszerować. Najdłuższa licząca osiem kilometrów wiedzie dookoła całego miasta. Dwie krótsze obchodzą stare miasto Barkhor, oraz Pałac Potala.

Więcej »

, ,

Tybet – Shigatse

Może miałem za duże oczekiwanie, co do tego miejsca, barwnie opisywanego przez przewodniki i tak samo przedstawianego na zdjęciach. Ale było to pierwsze miejsce w Tybecie, które nie przypadło mi do gustu. Shigatse jest drugim co do wielkości miastem tybetańskim. Pierwszy widok jaki zobaczyłem, gdy tu wjeżdżaliśmy to kobiety sikające na chodniku. Jak by wszędzie była publiczna toaleta. Coś takiego bardziej kojarzyło mi się z opowieściami z Indii, w których nigdy zresztą nie byłem. Niż z pięknym, uduchowionym Dachem Świata, jakim jest Tybet.

Przyjechaliśmy tu przede wszystkim dla klasztoru Tashilhunpo (55rmb), jednego z największych w Tybecie, siedziby Panczenlamy. Nawet obecnie zamieszkuje go około 800 mnichów. Jeden z nielicznych który prawie nie ucierpiał w czasie rewolucji kulturalnej w Chinach.

Klasztor owszem całkiem ładny. Ale atmosfera tu panująca jest zdecydowanie inna od tej z klasztorów mijanych wcześniej.

Więcej »

,

Gyantse (3980m. n.p.m.) perełka w górach

Po całodziennym przejeździe przez góry o którym pisałem wcześniej dojechaliśmy do Gyantse. Niewielkiej miejscowości zamieszkałej przez około piętnaście tysięcy osób, położonej prawie na czterech tysiącach metrów. Miasto leży w dolinie, otoczone ze wszystkich stron przez wysokie góry. Góry, które po nocnych opadach przykrył biały śnieg.

Nad miejscowością, wznosi się potężny zamek Gyangtse Dzong (30rmb), wybudowany na wzgórzu, o pionowych ścianach. Pochodzi z X wieku i wsławił się w walkach przeciwko Brytyjczykom na przełomie XIX i XX wieku.

Obecnie jest bardzo zaniedbany, co ma też swoje dobre strony. Mianowicie można wejść do każdej dziury i wdrapać się na każdą wieżę. Większość pomieszczeń jest pustych, w nielicznych można zobaczyć niewielkie kapliczki. W kilku miejscach na murach obronnych ustawiono atrapy dział, co dodaje mu grozy.

Więcej »

,

Przez góry (w Tybecie) Tsetang – jezioro Yamdrok – Gyantse

Wyjechaliśmy z Tsetang aby pod wieczór dojechać do miejscowości Gyantse, mijając po drodze jezioro Yamdrok, oraz lodowiec Kharola na wysokości 5560m. n.p.m. Dzień zapowiadał się jako zwyczajny, spędzony cały w samochodzie aby pokonać ponad 300 kilometrów jaki dzieli obie miejscowości.

Jednak okazał się nadzwyczajny. Widoki jakie mijaliśmy na naszej drodze zapierały dech w piersiach. Wspinaliśmy się na przełęcze położone ponad 5000 metrów nad poziomem morza. W oddali cały czas majaczyły nam ośnieżone siedmiotysięczniki, do których z każdym przejechanym kilometrem się zbliżaliśmy.

Chmury zakrywające szczyty, spowodowały, iż nasunęło mi się skojarzenie, iż tam w oddali właśnie widzimy Mordor, z Władcy Pierścieni. Tylko ognia brakowało:)

Więcej »

, , ,

Tsetang i najstarsza budowla w Tybecie

Wyjechaliśmy z Samye. Poczułem z tego powodu pewnego rodzaju żal. Że tak szybko pożegnaliśmy tak niesamowite miejsce. Spędziliśmy tu trzy noce, u niezwykle sympatycznych ludzi prowadzących rodziny pensjonat. A za cały pobyt, łącznie z jedzeniem zapłaciliśmy dopiero wyjeżdżając. Codziennie miałem swoją porcję butter tea, oraz pyszne świeżutkie posiłki przygotowywane, w kuchni za ścianą. Za to wszystko podliczono mnie na 148rmb.

Tak, niesamowicie było mi żal opuszczać tą miejscowość. Czuło się tu przyjacielską atmosferę. Nie było wojska, ludzie nie oglądali mnie jak murzyna w PRL;) Ale trzeba jechać dalej. To znaczy wracamy w kierunku Lhasy, do miejscowości przez którą już przejeżdżaliśmy, czyli Tsetang.

Tu pojawił się mały problem, okazało się iż niewiele miejsc może przyjmować zagranicznych gości. Bowiem w Tybecie, aby obcy mógł się zatrzymać w danym lokalu, ten musi mieć na to pozwolenie. Wylądowaliśmy więc w eleganckim hotelu, gdzie za noc płacimy 90rmb od osoby. Jest to zdecydowanie najbardziej komfortowe lokum w jakim spałem podczas tego wyjazdu. Ale przede wszystkim jest prysznic, za którym nieco się stęskniłem, przez kilka ostatnich dni;)

Więcej »

,

Tybet – Chimphu (Chim-puk) – miejsce do medytacji

Położone kilka kilometrów (w tym jeden w pionie) od miejscowości Samye. Mieliśmy tu spędzić kilka dni nocując w górach. Niestety podobno obecnie obcokrajowcom nie wolno tego robić i mogliśmy tam spędzić tylko dzień. Pomimo iż wcześniej byłem do tego pomysłu nastawiony nieco sceptycznie, to po spędzeniu tu dnia niezwykle żałuję, iż nie mogę spędzić tu choć jednej nocy.

Tak jak noc pod namiotem u Nomadów w Litangu, noc w takim miejscu musiała by być niezwykłym doświadczeniem. Szkoda, ale tutaj niestety nie można się wyrwać spod opieki przewodnika. Który co prawda jest niezwykle sympatyczny, posiada sporą wiedzę o tym co zwiedzamy, a w dodatku jest Tybetańczykiem. Ale nocować musimy na dole w hotelu… Chyba jest nieco za mało przedsiębiorczy. Dobra dosyć marudzenia.

Chimphu położone około 4600m. n.p.m. jest warte tego aby spędzić tam nieco czasu i jestem bardzo zadowolony z tego, iż udało mi się być tam chociaż ten jeden dzień. Tak naprawdę to nie jest jedno miejsce. To dolina i zbocze góry. Po wyjechaniu samochodem z Samye i wspięciu się wąską górską drogę do góry podjechaliśmy pod bramy klasztoru. Tutaj też tak naprawdę po raz pierwszy zobaczyliśmy do czego nam jest potrzebne auto terenowe;)

Więcej »

,

Samye, pierwszy klasztor w Tybecie

Wyjechaliśmy z miasta. Droga do Samye to ok. 250 kilometrów wiodących przez malownicze góry i pustynne tereny wzdłuż najdłuższej rzeki Tybetu – Brahmaputry. Aby tu dojechać potrzebne jest kolejne pozwolenie Alien Travel Permit. Ale nie stanowi to chyba wielkiego problemu, gdyż nasz przewodnik załatwił je w kilka minut na posterunku policji, w miasteczku na trasie.

Przesiedliśmy się też do innego auta. Z busika do wielkiej Toyoty Land Cruiser. Full wypas;)

Przejechanie z Lhasy do Samye zajęło nam ładnych kilka godzin, wyjechaliśmy bowiem po 10.00 aby na miejsce dotrzeć koło godziny 18.00. Z przerwami na zdjęcia w co ładniejszych miejscach, zakupy jedzenia, aby było co przegryzać w samochodzie i oczywiście obiad w tradycyjnej restauracji tybetańskiej.

Więcej »

,